Sed non satiatus
W mroku, gdzie księżyc krwawi srebrnym światłem,
nietoperz budzi się – cień wśród cieni,
skrzydła jak płaszcz z aksamitu nocy,
rozcinają ciszę – on wyrusza na łowy.
W powietrzu drży echo jego pragnienia,
głód – ta czarna studnia, bez dna, bez brzegu.
Zielone ćmy, jak iskry rozpusty,
wabią go w otchłań, kusząc migotliwe.
Chwyta je w locie, smak ich jak wino,
słodki, palący, lecz zawsze za mało.
Wracam, powiada, do jaskini pustej,
gdzie echo głodu odbija się w kościach.
Noc za nocą, ta sama udręka –
żądza, co płonie, lecz nigdy nie syci.
O, przeklęta nocy, ty matko okrutna,
dajesz mi łup, lecz odbierasz spokój.
W skrzydłach moich – wieczna tęsknota,
w sercu zaś– pustka, co krzyczy: sed non satiatus!


