Prezentujemy elegię o umarłych istotach:
Pył po olbrzymach
W zielonych paprociach, gdzie czas się zatrzymał,
królował tyranozaur w koronie z kości,
stegozaur sunął jak statek z kolczastych płyt,
a pterodaktyl przecinał niebo jak westchnienie.
Brontozaur unosił szyję ku gwiazdom,
jakby przeczuwał, że wkrótce zgasną.
W błocie odbijały się ich cienie,
wielkie, spokojne, nieśmiertelne – tak im się zdawało.
Potem przyszła kometa.
Nie jak miecz, nie jak gniew,
lecz jak łza, która spadła z bardzo daleka.
Rozpaliła niebo bielą tak czystą,
że nawet triceratops odwrócił łeb.
Uderzyła.
I wszystko, co miało kości i pióra,
stało się pyłem, który dziś nazywamy kredą.
Teraz w muzeach stoją ich szkielety,
milczące katedry z pustych oczodołów.
Dzieci dotykają żeber dinozaurów
i pytają: dlaczego odeszły?
A kometa? Kometa wciąż leci gdzieś w ciemności,
zimna, obojętna, bez winy i bez żalu.
I tylko czasem, w nocy nad Yucatánem,
widać jej ogon.
