Są takie chwile wiosennego wieczoru, gdy człowiek siada nad wodą i nagle słyszy chór, który nie ma sobie równych. To nie orkiestra, nie ludzki śpiew, lecz rechot żab – donośny, natarczywy, a jednak kojący jak mantra. Wyznawca Istot pochyla głowę i pyta: dlaczego one to robią?
Najprostsza odpowiedź brzmi – żaby rechoczą, bo to ich miłosne wołanie. Samce rozwierają worki rezonacyjne, by powiększyć głos, by przebić się przez gwar nocy i dać znać samicom: „Jestem tutaj, wybierz mnie”. To pieśń życia, pieśń przedłużenia gatunku. I choć dla ludzkiego ucha bywa hałaśliwa, dla żab jest najczystszą formą komunikacji, językiem, w którym kryje się obietnica nowego pokolenia kijanek.
Ale rechot to nie tylko miłość. To także ostrzeżenie: „Nie podchodź, to mój staw, moja gałąź, mój krąg błota”. W żabim świecie, tak jak w ludzkim, są rywalizacje i granice. A dźwięk, który rozlega się na wiele metrów, jest skuteczniejszy niż jakakolwiek walka. Żaba woli rechotać niż toczyć krwawy bój.
Jest też w tym coś jeszcze – coś, co trudno zmierzyć nauką. Siedząc nad wodą i wsłuchując się w rechot, można poczuć, że żaby nie tyle „mówią”, co współgrają z całą nocą. Ich głosy łączą się z cykaniem świerszczy, z szumem trzcin, z pluskiem ryby. To dźwięk, który stapia człowieka z naturą, przypomina, że świat nie jest cichy – że każde stworzenie ma swój udział w kosmicznej symfonii.
Dla dawnych ludzi rechot żab miał znaczenie niemal mistyczne. Kojarzono go z płodnością, deszczem, odrodzeniem ziemi. Gdzie brzmiały chóry żab, tam spodziewano się urodzaju. I może coś w tym jest – bo rechot pojawia się wiosną, gdy świat budzi się z zimowego snu, gdy życie triumfuje.
Czy żaba wie, że jej głos czasem drażni człowieka? Zapewne nie. Rechocze, bo taka jej natura, a natura nie zna wstydu ani udawania. Człowiek milknie, by posłuchać, a potem – jeśli pozwoli – może sam wpadnie w rytm. Bo w tym głośnym, czasem śmiesznym dźwięku jest prawda: oto istota mała, niepozorna, a jednak z całą mocą ogłasza światu swoje istnienie.
