Skoro coraz więcej wskazuje na to, że dinozaury nie były milczącymi gadami, lecz istotami wokalnymi, czasem ćwierkającymi, czasem wydającymi niskie, rezonujące dźwięki, to smok — jako ich mityczny potomek — aż prosi się o dźwięczny głos.
Smok śpiewający nie byłby absurdem biologicznym ani kulturowym. Śpiew ptaków ma:
- zaznaczać obecność,
- przyzywać,
- odpowiadać przestrzeni.
Góry z kolei są idealną salą koncertową. Echo, rezonans, długie fale dźwięku. Melodia smoka nie musiałaby być pieśnią w ludzkim sensie — raczej przeciągłym wołaniem, które mieszałoby się z wiatrem i kamieniem. Czymś pomiędzy śpiewem a oddechem świata.
W mitach smok często jest samotny. Samotność rodzi śpiew.
Taka pieśń nie służyłaby komunikacji praktycznej. Byłaby:
- aktem utwierdzającym swe istnienie,
- odpowiedzią na pustkę,
- sposobem, by nie zniknąć w ciszy.
Może dlatego smoki w legendach rzadko mówią. Głos, który naprawdę do nich pasuje, byłby zbyt wielki na słowa. Rozlegałby się nocą, w szczelinach skał, niósłby się długo po tym, jak śpiewający zamilknie — jak pamięć po istocie, która była tu przed nami i która zostanie w wyobraźni długo po nas.
Jeśli smoki śpiewają, to…
śpiewają do gór.
A góry odpowiadają echem.
ZRESZTĄ SAMI POSŁUCHAJCIE!

Śpiew smoka


