Woltyżerka, czyli akrobatyka na koniu, to sport i sztuka znana od starożytności. Już na malowidłach minojskich widzimy postacie robiące salta nad bykiem, a w czasach nowożytnych żołnierze z formacji konnych ćwiczyli równowagę i sprawność właśnie na koniu. Problem w tym, że prawdziwy koń nie zawsze miał cierpliwość znosić ludzkie fikołki. Dlatego pojawił się pomysł: zbudujmy drewnianego, sztucznego konia, który nie kopnie, nie spłoszy się i nie zmęczy.
Jak wyglądał?
- drewniana rama obita skórą,
- cztery nogi dla stabilności (czasem przypominały beczki ustawione w rząd),
- czasem z uchwytami lub paskami, żeby naśladować grzywę, siodło albo ucho konia.
Tak powstał „koń do woltyżerki”, znany też jako „koń gimnastyczny”. W gimnastyce sportowej żyje do dziś – jako przyrząd (koń z łękami, koń bez uchwytów).

Od koszar do sali gimnastycznej
W XIX wieku sztuczny koń stał się podstawowym elementem ćwiczeń wojskowych. Uczył żołnierzy wsiadania, zsuwania się, skoków przez konia – wszystkiego, co mogło być potrzebne w boju. Z koszar trafił do szkół, a potem do sportu gimnastycznego.
I nagle koń, który nigdy nie żył, zaczął mieć swoje życie symboliczne:
- był modelem cierpliwości (znosił każde ćwiczenie),
- treningiem równowagi (bo przecież nie ma mięśni, które by człowieka ratowały),
- i trochę parodią prawdziwego konia – niby służył, ale bez grzywy, bez rżenia, z którego słyną zwłaszcza dorodne ogiery.
Koń prawdziwy a koń sztuczny
Ciekawe, że sztuczny koń stał się częścią sportu na równi z prawdziwym. Prawdziwy koń daje emocję, rytm, żywioł. Sztuczny – surową technikę i powtarzalność. Razem tworzą pełny trening.
Można by powiedzieć, że sztuczny koń to taki „czyjś konik” – nasze narzędzie do ujarzmiania chaosu, do nauki panowania nad własnym ciałem.

