Na wieży mariackiej od setek lat co godzinę rozbrzmiewa hejnał. Melodia nagle się urywa, jakby muzykowi zabrakło tchu. Legenda mówi, że to pamiątka po dzielnym strażniku miasta.
W XIII wieku, gdy Tatarzy napadali na ziemie polskie, krakowski trębacz czuwający na wieży dostrzegł w oddali nadciągające wojska. Chwycił trąbkę i zagrał alarm, by obudzić mieszkańców i dać im czas na obronę. Wieże zapełniły się łucznikami, a bramy zamknięto. Miasto zostało uratowane, ale w chwili, gdy strażnik grał, tatarska strzała przeszyła mu gardło. Dlatego właśnie hejnał mariacki nagle się urywa – na pamiątkę tego bohaterstwa i śmierci.
Lajkonik i konik tatarski
Z kolei Lajkonik to barwna postać, którą raz do roku – w oktawę Bożego Ciała – prowadzą po Krakowie włóczkowie (nie mylić z włóczykijami!), czyli flisacy z Zwierzyńca. Ubrany w tatarski strój, z długą brodą i na sztucznym, ale fantastycznym koniku, Lajkonik przemierza ulice miasta, zaczepia przechodniów, rozdaje szczodrze razy buławą (które mają przynosić szczęście) i odbiera okup od rajców.

Lajkonik jak malowanie
Skąd się wziął? Legenda głosi, że Tatarzy po jednej z wypraw chcieli zaskoczyć Kraków, ukrywając się w wiklinowych koszach spławianych Wisłą. Ale flisacy zauważyli podstęp, rozbili najeźdźców i sami przebrali się w ich stroje. W triumfie wkroczyli do miasta, witani jak zwycięzcy. Na pamiątkę tego wydarzenia co roku odgrywa się pochód Lajkonika – tatarskiego „jeźdźca”, który jednak zamiast grozy niesie wszechobecną radość i szerokie uśmiechy – zwłaszcza na dziecięcych buziach.
Dwie tradycje, jeden duch miasta
Hejnał i Lajkonik to jak dwie strony tego samego medalionu. Pierwszy opowiada o czujności i ofierze – strażnik ginie, by ocalić Kraków. Drugi – o sprycie i zwycięstwie, o zamianie zagrożenia w święto. Razem tworzą legendarną narrację: Kraków potrafi się bronić i umie świętować, a pamięć o przeszłości zamienia właśnie w zabawę.
