Dusza stała u progu własnego ciała jak podróżny u wrót miasta, które znał zbyt długo. Następowała zmiana ciężaru: to, co gęste, opadło; to, co świetliste, zaczęło się podnosić.
Na skrzyżowaniu rosła róża. Jej płatki były niby to warstwy poznania: ciało, oddech, pamięć, imię, a pod nimi — iskra, która nie należała już do czasu.
Dusza wiedziała, że nie wchodzi w niebo jak do sali tronowej. Wchodziła już to w głębię, która od zawsze była w niej ukryta. Każde odrzucane wspomnienie stawało się płatkiem opadającym na ziemię. Każda wina — ciężkim ziarnem, które trzeba było przemielić w milczeniu.
Nie było zapowiedzianych aniołów z mieczami. Była cisza, w której odsłania się prawda: że świat jest zasłoną, a zasłona — nauką. Że śmierć nie jest końcem, lecz rozpuszczeniem pieczęci. Dusza czuła, jak rozpada się jej zewnętrzny alfabet. Imiona, role, lęki — wszystko to okazywało się jedynie cieniem większego Słowa.
Wtedy róża na krzyżu zaczęła świecić od środka miękkim światłem świtu. Dusza pojęła, że droga w górę jest jednocześnie drogą do wnętrza. Niebo nie było miejscem ponad gwiazdami, lecz stanem oczyszczenia — albedo po długiej nocy nigredo.
Ziemskie przywiązania odpadały jak stare szaty. Pozostawała czysta świadomość, bez ciężaru i bez maski. I w tej nagości nie było wstydu. Było poznanie.
Dusza rosła w sali tronowej aniołów

Melodia wędrującej duszy

