Rozmowa z panem Tomaszem, amatorem teologii, w cieniu altany i pod znakiem ryby
Altanka, herbata i rozmowy o symbolach
Ciepłe popołudnie. W ogródkach działkowych słychać radio, ktoś podlewa pomidory, a my siedzimy w altance, w której pachnie miętą i trocinami. Tomasz – wysoki, spokojny mężczyzna z siwiejącą brodą – nalewa herbaty z termosu. Na ścianie obok, między starymi narzędziami, wisi drewniana ryba.
– Nieprzypadkowo ją tu powiesiłem – mówi, uśmiechając się. – To symbol o większym znaczeniu niż tysiąc słów złotoustego kaznodziei.

„Ryba to był kod”
– Dlaczego akurat ryba? – pytam wprost.
– Bo w czasach, gdy chrześcijaństwo dopiero się rodziło, nie można było mówić o tym bez osłonek.
Ryba – ichthys po grecku – była kodem rozpoznawczym między pierwszymi wiernymi. To skrót od słów: Iesous Christos Theou Hyios Soter – „Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel”.
Litery tego zdania układają się w słowo ichthys – czyli właśnie „ryba”.
Tomasz kreśli patykiem na stole zarys symbolu – dwa półksiężyce, które spotykają się w kształcie rybiego ciała.
– Tak się rozpoznawali – bez słów. Jeden rysował pół łuku, drugi dorysowywał drugi. I już wiedzieli, że są „od siebie”.
Od jezior Galilei do katakumb
Tomasz sięga po książkę – stary brewiarz, pełen zakładek.
– Jezus powołał pierwszych uczniów nad wodą. Piotr, Andrzej, Jakub, Jan – wszyscy byli rybakami. W Ewangelii jest zdanie: „uczynię was rybakami ludzi”. To nie jest tylko ładna metafora – to fundament chrześcijańskiego języka symboli. Dla ludzi tamtych czasów ryba była czymś prostym, codziennym, ale też czystym – żyła w wodzie, a woda była znakiem oczyszczenia i chrztu.
W Rzymie, w katakumbach, gdzie chowano pierwszych męczenników, znak ryby rzeźbiono na płytach nagrobnych. Często z naczyniem chleba albo z kielichem – czyli Eucharystią.
– To nie był tylko symbol – to była modlitwa w kamieniu – mówi Tomasz cicho.
Ryba jako znak milczenia
– A dziś? Ryba na zderzaku samochodu, na breloku, na przypince. Straciła znaczenie?
– Trochę tak – przyznaje Tomasz z przytonem smutku w głosie – Dziś to znak tożsamości, czasem ozdoba. Ale może dobrze, że wciąż krąży. Bo to symbol cichej (właściwie to niemej) wiary, nie dążącej do tego, by wszystko udowadniać.
Ryba płynie. I w tym jest – nomen omen – głęboki sens – wiara nie potrzebuje rozgłosu, tylko kierunku.
Patrzy w dal, gdzieś za ogrodem, gdzie słońce odbija się w kałuży po wczorajszym deszczu.
– Widzisz, ryba nie odwraca się od prądu. Płynie naprzód, ale zawsze w wodzie – w tym, co ją przenika. Człowiek wierzący też tak powinien – być zanurzony, nie oderwany.
Między teologią a altanką
Rozmawiamy jeszcze o rybach w sztuce wczesnochrześcijańskiej, o freskach z katakumb Domitylli i mozaikach z Rawenny. Mój rozmówca mówi, że te obrazy są jak modlitwy zakodowane w kolorze.
– Widziałem kiedyś na ikonie Chrystusa z rybą w dłoni. Bez aureoli, bez insygniów – tylko z rybą. To symbol najczystszej prostoty. Bóg w codzienności, nie na tronie.
Na koniec rozmowy podaje mi drewnianą rybę ze ściany.
– Weź, niech przypomina, że symbole nie są po to, żeby zdobić, tylko żeby łączyć. Tak jak dawniej – jedna kreska, druga, i już wiadomo, że człowiek nie jest sam.
Jeśli interesujesz się symboliką chrystologiczną – poczytaj o lwie Judy.
