W dawnych opowieściach, kronikach i filmach historycznych często słyszymy zawołanie: „Na koń!”. Sienkiewicz w usta swojego bohatera włożył pamiętną frazę: „Na koń nie wsiadasz?”.
Rycerze chwytają za miecze, giermkowie biegną po siodła, a oddział rusza w drogę. Dziś taka forma może brzmieć nieco dziwnie, bo we współczesnej polszczyźnie powiedzielibyśmy raczej „na konia”. Skąd więc wzięło się to krótkie, urwane zawołanie?
Odpowiedź kryje się w historii języka.
Dawna odmiana rzeczowników
W starszych stadiach polszczyzny niektóre formy rzeczowników wyglądały nieco inaczej niż dziś. Dotyczyło to także rzeczownika koń. W pewnych konstrukcjach używano formy skróconej, która w praktyce oznaczała to samo co dzisiejsze „na konia”.
Z czasem język się uprościł i w zwykłej mowie zaczęła dominować forma bardziej regularna – właśnie „na konia”. Jednak w niektórych zwrotach utrwaliły się dawne brzmienia. Są one czymś w rodzaju językowych skamieniałości – reliktów starszej polszczyzny.

Zawołanie wojskowe
Warto pamiętać, że „na koń!” było przede wszystkim zawołaniem rozkazującym. W sytuacji pośpiechu liczyła się krótka, mocna komenda. Takie formy łatwo się utrwalają i często zachowują archaiczne brzmienie, nawet gdy język wokół nich się zmienia.
Podobne skrócone okrzyki znamy z wielu innych sytuacji:
- „Wsiadać!”
- „Do broni!”
- „Naprzód!”
„Na koń!” działało w podobny sposób – było szybkim sygnałem: wszyscy na bucefały, ruszamy!
(Zob. koń w historii„!).
Archaizm, który przetrwał w kulturze
Choć w codziennej mowie forma ta praktycznie zanikła, przetrwała w literaturze historycznej, filmach kostiumowych i opowieściach o rycerzach czy husarii. Dzięki temu brzmi dziś nieco staroświecko, ale właśnie dlatego dodaje wypowiedzi barwy i historycznego klimatu.
Można więc powiedzieć, że „na koń!” to relikt dawnej polszczyzny, który ocalał w języku, choć rzadko ma praktyczne zastosowanie.

