Pytanie o to, dlaczego istnieje świat, należy do tych, które nie starzeją się nigdy. Zadawali je filozofowie greccy, teologowie średniowieczni, fizycy XX wieku i ludzie, którzy po prostu patrzyli w nocne niebo i czuli, że sama obecność czegokolwiek domaga się wyjaśnienia.
Teologia chrześcijańska odpowiada zwykle skrótowo: świat istnieje, bo Bóg go chciał. Filozofia dopowiada: bo istnienie okazało się możliwe. Fizyka próbuje jeszcze inaczej: bo prawa natury na to pozwoliły. Każda z tych odpowiedzi jest prawdziwa w swoim porządku — i żadna nie jest ostateczna.
W samym sercu pytania kryje się jednak coś bardziej niepokojącego:
czy istnienie świata ma jakiś „sens użytkowy”?
Czy Bóg coś na tym „zyskuje”?
Czy świat jest potrzebny — czy tylko dopuszczony?
Z tymi wątpliwościami rozmawiam z drem Tomaszem — teologiem z zamiłowania, czytelnikiem Ojców Kościoła i scholastyków, który sam określa się półżartem jako domorosły, bo bardziej ufa długim rozmowom niż systemom.
Rozmowa o stworzeniu świata

— Dlaczego Bóg stworzył świat?
— Najkrótsza odpowiedź brzmi: nie dlatego, że musiał. To ważne. W teologii klasycznej Bóg nie tworzy z braku, z potrzeby ani z samotności. Gdyby świat nie powstał, Bóg nie byłby uboższy.
— Czyli świat nie był konieczny?
— Nie. I to jest paradoks, który wielu ludzi drażni. Świat jest radykalnie niekonieczny, a jednak istnieje. Święty Tomasz z Akwinu powiedziałby: stworzenie jest aktem wolności, nie zaś przymusu.
Wolność

— A co daje wolność?
— Bo wolność, która jest pełna, może się udzielać. Ale nie w sensie handlowym. To raczej gest: niech coś będzie. Nie „dla celu”, lecz z obfitości istnienia.
— A słynne pytanie Leibniza: „czemu jest coś, a nie nic?”
— Teologia odpowiada tu bardzo spokojnie: bo nic nie było obowiązkiem. Nic nie miało pierwszeństwa. To my traktujemy „nic” jak naturalny stan rzeczy, a „coś” jako problem. Tymczasem z punktu widzenia bytu — to istnienie jest prostsze niż nieistnienie.
— Czy stworzenie świata przynosi Bogu jakąś korzyść?
— Nie w naszym rozumieniu. Bóg nie „zyskuje”, bo nie może być pomniejszony ani powiększony. Ale jeśli już używać tego języka, to jedyną „korzyścią” jest to, że może istnieć relacja. A relacja zakłada drugą stronę.
— Czyli świat istnieje, żeby ktoś mógł z Bogiem rozmawiać?
— To bardzo dobra intuicja. Nie w sensie użytkowym, lecz egzystencjalnym. Gdyby nie było świata, nie byłoby pytań. A bez pytań — nie byłoby odpowiedzi ani sensu ich udzielania.
— A cierpienie? Przypadek? Chaos?
— One nie są celem stworzenia, lecz ryzykiem wolności. Świat nie jest zegarkiem (jak może chcieliby to widzieć deiści), tylko procesem. Gdyby był idealnie bezpieczny, byłby martwy.
Żywy świat: mnogość istnień

— Więc po co to wszystko. My, tu rozmawiający, inne zwierzęta, rośliny, minerały?
— Żeby mogło się wydarzyć istnienie, które nie było konieczne, ale się zdarzyło. I żeby ktoś mógł zapytać: „dlaczego?”. Już samo to pytanie jest znakiem, że świat nie jest przypadkiem absolutnie niemym.
— Czyli korzyścią jest rozmowa?
— Tak. I świadomość, że mogło nas nie być — a jesteśmy. Teologia nie daje lepszej odpowiedzi. I chyba nie powinna, bo przekroczyłaby swoje uprawnienia.
– Dziękuję za rozmowę.
– Nie ma za co.
Jeśli świat powstał z wolności, a nie z potrzeby, to nie jest zadaniem do wykonania, lecz przestrzenią do zamieszkania. Nie po to, by go „usprawiedliwić”, ale by w nim być — i pytać. Bo być może najuczciwszą odpowiedzią na pytanie „dlaczego istnieje świat?” jest to, że ktoś mógł je zadać.

