Deski mają swoje naturalne rysunki, a z nich wyglądają do nas przeróżne istoty. Choćby taki słonik. Patrzysz i widzisz go od razu: dwa ciemne sęki jak oczy, jeden większy, drugi mniejszy, lekko przekrzywiony, jakby mrugał z przekąsem. Pomiędzy nimi delikatna, falista linia słojów zakręca się w trąbę – nie idealną, ale wystarczająco wyraźną, byś poczuł, jak unosi pył z podłogi. Niżej, tam gdzie drewno wygina się w łagodny łuk, pojawia się ucho – szerokie, prawie półokrągłe, z ciemniejszą obwódką, jakby słoń dopiero co wyszedł z cienia.
Słonik w drewnie patrzy przyjaznymi oczami
A pod spodem, w tym jaśniejszym fragmencie, gdzie słoje rozchodzą się promieniście, widać nawet zarys łapy – trzy palce, czwarty lekko urwany, ale kto by się czepiał szczegółów. To drewno pamięta swoje dawne życie. Przez lata rosło sobie drzewo, wiatr wyginał gałęzie, woda wypłukiwała korytarze, a robaki drążyły tunele. Wszystko to zapisało się w słojach jak tajny kod. I nagle, po przecięciu piłą, kod się ujawnił. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno „o rety, słoń!”, i już nie ma zwykłej deski. Jest żywa istota, która patrzy na ciebie z podłogi i jakby pyta: „no i co teraz, człowieku?”.
To jest właśnie potęga wyobraźni: zamienia martwą materię w coś, co ma duszę. W słonika, który nigdy nie istniał, a jednak istnieje – w twojej głowie, w głowie dziecka, które właśnie tupie bosymi stopami i krzyczy „mamo, słoń na podłodze!”. W głowie stolarza, który przez chwilę przestaje szlifować i się uśmiecha. Wyobraźnia nie potrzebuje farby, pędzla ani Photoshopa. Potrzebuje tylko dwóch sęków i jednego
I stąd też żaden parkiet, żadna boazeria, żadna deska tarasowa nigdy nie będzie taka sama. Bo w każdej z nich ktoś kiedyś zobaczy słonika. Albo smoka. Albo twarz dziadka. Albo po prostu siebie – małego, gdy świat był wielki i wszystko było możliwe.
