Słowo „zbydlęcenie” ma w sobie ciężar oskarżenia, brzmi jak wyrok. Kiedy mówimy, że ktoś „zbydlęciał”, od razu pojawia się wizja człowieka, który zatracił resztki godności, popadł w brud, alkoholizm, przemoc, stał się – jak sugeruje termin – bardziej bydlęciem niż istotą ludzką. Ale to właśnie tutaj kryje się paradoks i niesprawiedliwość języka. Bo czy zwierzęta – te prawdziwe, cielesne, żyjące obok nas – mogą być odpowiedzialne za to, że człowiek upadł?
Bydło, do którego odwołuje się to określenie, w rzeczywistości nie zna kategorii moralnych. Krowa, koń czy owca nie „upadają”, bo nigdy nie próbują się wznieść na ludzkie wyżyny. Żyją w swoim porządku, powtarzalnym i niewinnym. To, co człowiek uznaje za degradację, dla zwierzęcia jest po prostu naturalnym rytmem: jedzeniem, snem, rozmnażaniem, odruchem przetrwania. W tym sensie „zbydlęcenie” jest obraźliwe – i to nie wobec ludzi, których ma piętnować, lecz wobec samych zwierząt, które stają się mimowolnym punktem odniesienia dla ludzkiej nędzy.
Geneza pojęcia
Nieprzypadkowo pojęcie to używane bywa w literaturze obozowej, opisującej piekło II wojny światowej. Tam, gdzie człowieka obdarto z godności, gdzie głód i terror popychały go ku czynom rozpaczliwym, mówiono o „zbydlęceniu więźniów”. W tych opisach jest jednak ukryta pułapka: to nie zwierzęta sprowadzały ludzi do takiego stanu, ale inni ludzie – kaci, oprawcy, systemy totalitarne. Zbrodnia była zawsze ludzka, nie zwierzęca.
Słowo to narodziło się w czasach, gdy język moralności splatał się z religią i kulturą wysoką. Człowiek od wieków budował poczucie wyższości nad światem zwierząt, stawiając siebie jako istotę rozumną, stworzoną „na obraz i podobieństwo”. Wszelkie zejście z tej ścieżki – utrata kontroli, popadnięcie w dzikość – musiało więc być nazwane „zwierzęcym”. Stąd „zbydlęcenie” jako określenie na sytuację, gdy ktoś przestaje zachowywać się „po ludzku”.
Zwierzęta kontra człowiek
Zwierzęta nie znają okrucieństwa dla samej przyjemności. Nie torturują, nie prowadzą wojen, nie wymyślają obozów koncentracyjnych. Ich agresja jest funkcją instynktu – polowaniem, obroną terytorium, ochroną młodych. Człowiek, gdy „zbydlęca”, w istocie nie upodabnia się do żadnego zwierzęcia, lecz odkrywa w sobie własny, mroczny potencjał destrukcji. To raczej „zezwierzęcenie” języka, które przerzuca winę z ludzi na niewinne istoty, niż rzeczywiste podobieństwo.
Można więc powiedzieć przewrotnie: nie ma czegoś takiego jak „zbydlęcenie”. Jest tylko znieprawienie człowieka. To my, istoty obdarzone rozumem, potrafimy nadużywać go w sposób, który nie mieści się w świecie natury. Zwierzę nigdy nie „zbydlęci” – bo już jest sobą w pełni. To człowiek może się wyzbyć człowieczeństwa, a język próbuje tę przepaść opisać, sięgając po metaforę bydlęcą.
Refleksja Wyznawcy Istot
Kiedy więc ktoś mówi, że sąsiad „zbydlęciał”, warto się zastanowić, co naprawdę kryje się za tym słowem. Może to bieda, samotność, uzależnienie, społeczne odrzucenie – czyli sprawy jak najbardziej ludzkie. Być może łatwiej jest nazwać kogoś „bydłem” niż spojrzeć mu w oczy i dostrzec w nim cierpienie.
Bydlęta zaś – te prawdziwe – żyją obok nas spokojnie, w rytmie, który trwa od tysięcy lat. Nie zniżają się i nie wzbijają. Nie zdradzają własnej natury. To człowiek, w swej dumie i pysze, wymyślił słowo „zbydlęcenie”, by oddać własny upadek, przykrywając go maską zwierzęcej metafory.
Można więc powiedzieć, że samo słowo jest formą krzywdy wyrządzanej naturze. Bo to nie bydło powinno być miarą ludzkiego upadku. Miara ta znajduje się wyłącznie w człowieku – i tylko on odpowiada za to, że czasem bywa gorszy od wszystkiego, co żywe.
