(parujące café crème, dym z papierosów i zapach anyżówki) „Mon Dieu, czarny kot na Boże Narodzenie?! Henri, czy Ty zwariowałeś?”.
Pan Pięknoduchowycz (z błyskiem w oku, poprawiając beret):
No właśnie, drogi panie! Spójrz łaskawie na ten plakat – „A Merry Christmas and a Happy New Year”, ok. 1895–1896. Większość spodziewałaby się aniołka, renifera albo przynajmniej białego gołębia pokoju. A tu proszę – chudy grajek w cylindrze, podskakujący jak pijany diabeł, i ten wielki, wściekły, czarny kot z nastroszonym ogonem! Lautrec był geniuszem prowokacji.

Ja: Ale dlaczego akurat czarny kot? W XIX wieku to symbol pecha, czarnej magii, wiedźm…Pan Pięknoduchowycz (śmieje się i stuka palcem w reprodukcję):
I właśnie o to chodziło! Henri mieszkał w dzielnicy czerwonych latarni, w Montmartre, gdzie koty – zwłaszcza czarne – były wszędzie.
Były maskotkami domów zakazanychh, towarzyszkami podejrzanych dam, łaziły po dachach Chat Noir i Sphinx. Dla paryżan końca wieku czarny kot to nie pech, tylko symbol nocnego życia, wolności, erotyzmu i odrobiny diabelstwa. Lautrec uwielbiał tę ironię: „Życzę wam wesołych świąt… i trochę piekielnego szczęścia w nadchodzącym roku!”„Koty Lautreca – arystokracja podwórkowa”Ja: Ale koty pojawiają się u niego często, nie tylko tutaj…Mój rozmówca (rozpromieniony):
O tak! Pamięta pan „Le Chat Noir” – plakat dla kabaretu Rodolpha Salisa? Ten sam wielki, sardoniczny czarny kot z aureolą złośliwości. Albo „May Belfort” – śpiewaczka z małym białym kotkiem na ramieniu.
Zwierzyniec Lautreca

Albo „La Goulue wchodzącą do Moulin Rouge” – tam w tle też przemyka czarny kot! Lautrec traktował je jak ludzi: miały osobowość, pozowały, patrzyły z wyższością. Mówił podobno: „Koty to jedyne stworzenia, które wiedzą, że są piękne – i mają to głęboko gdzieś”.„A konie? Te biedne, piękne bestie…”Ja: No właśnie, koty to pycha i noc, ale konie u Lautreca to zupełnie inna historia…Pan Pięknoduchowycz (poważnieje, dolewa odrobinę pastis):
Konie to jego wielka miłość i wielki ból. Pamięta pan cyrkowe plakaty – „La Clownesse au cheval blanc”, „Au Cirque Fernando”? Te zwierzęta są wynędzniałe, oczy zapadnięte, żebra widać. Lautrec kochał konie, jeździł konno jako dziecko, zanim choroba mu nie skróciła nóg. W cyrku widział ich upodlenie (zob. konie cyrkowe) – bat, ostrogi, blask reflektorów. Malował je z czułością, jakiej nie dawał ludziom. Czasem wydaje mi się, że w tych koniach malował siebie – arystokratę uwięzionego w kalekim ciele, zmuszonego do występów przed gawiedziami.„Świąteczny diabeł w cylindrze”
Ja: Wracając do naszego grajka… dlaczego akurat on? Rozmówca (z uśmiechem):
To prawdopodobnie uliczny muzykant z Montmartre – jeden z tych biedaków, którzy grali na fisharmonii pod oknami kabaretów. Lautrec ich uwielbiał: wolni, pijani, autentyczni. Ten tutaj tańczy, jakby cały świat należał do niego. A kot? Kot się wścieka, bo mu grajek nadepnął na ogon! (śmieje się) Lautrec w jednym obrazku zmieścił całą swoją filozofię: święta to nie kościół i kolędy, tylko życie – głośne, brzydkie, piękne, z czarnym kotem i pijanymi muzykantami.Ja (podnosząc filiżankę):
To za Henriego, który nigdy nie życzył nam nudnych świąt! Pan Pięknoduchowycz (stukamy się energicznie filiżankami):
Za czarnego kota na plakacie i za to, żebyśmy w te święta też trochę zatańczyli – nawet jeśli ktoś nam nadepnie na ogon! Za oknem śnieg zaczyna prószyć na bulwar Saint-Germain, a w kawiarni ktoś włącza „La Vie en rose” na starym gramofonie…

Niech żyją czarne koty!
