Pamiętam to jak dziś — właściwie początki mojej reporterskiej kariery. W redakcji pachniało zimną kawą i tuszem do drukarek, gdy kolega z działu miejskiego rzucił przez biurko krótkie zdanie:
— Jedź na Stare Miasto, jest gorący temat. W piekarni jest panda.
Nie dopytywałem. Wziąłem notes, długopis i wskoczyłem na skuter. W głowie od razu zaczęły się piętrzyć obrazy: czy ktoś naprawdę przyprowadził do sklepu żywą pandę? Czy może zwierzę uciekło z zoo i teraz zajada się drożdżówkami z nadzieniem bambusowym (zob. co je panda)? Nie takie rzeczy widywało się w lokalnych kronikach.
W drodze do pandy
Jechałem przez miasto, a wiatr smagał mi policzki jak ręka szefa działu — nerwowo, z wyrzutem. No tak, jechałem z zbyt wolno. A do tego po drodze zatrzymywałem się, by zapytać ludzi o szczegóły.
— Podobno panda jest w piekarni — rzucałem.
Jedni machali ręką, drudzy snuli teorie. Inni jeszcze odsyłali mnie do pewnego miejsca bez klamek.
Starszy pan z kiosku twierdził, że to na pewno jakaś akcja promocyjna nowego chleba „Bamboo Fit”. Dziewczyna z wózkiem powiedziała, że słyszała o niedźwiedziu pandzie, który uciekł z cyrku. Ktoś inny — że to może ta panda z reklamy ciastek, ta, która również coś demolowała. No rzeczywiście – przypomniałem sobie – leciało takie coś w telewizji.
Niemniej wszystko brzmiało tak absurdalnie, że im bliżej byłem celu, tym bardziej byłem pewien: czeka mnie historia roku.
W PIEKARNI
Na miejscu — gwar, policyjna taśma i tłum gapiów. Przed wejściem do piekarni „Rogal” stał radiowóz, a z wnętrza dobiegał odgłos kruszonego szkła.
Przecisnąłem się przez ludzi.
I wtedy wszystko stało się jasne.
Nie było żadnego egzotycznego zwierzęcia.
Był tylko samochód — biały fiat panda, który, jak się okazało, wjechał prosto w witrynę sklepu.
Za kierownicą siedziała młoda kobieta, z miną, jakby wciąż nie dowierzała, że znalazł asię w dziale pieczywa w sposób bardziej bezpośredni, niż planował.
„CHCIAŁEM TYLKO BUŁKI”
— Ja tylko chciałam bułki, wie pan… — powiedziała, gdy policjant pomagał jej wysiąść. — Zakręt, sprzęgło, coś szarpnęło… i już jestem w środku.
– Poza kolejką! – usłyszałem pełen wyrzutu głos jednej z osób z ogonka.
Na podłodze leżały okruchy szkła, rozsypane rogale i jeden nieszczęsny bochenek, który wylądował na masce samochodu niczym trofeum rodem z Salwadora Dali.
Sprzedawczyni, wciąż w czepku i rękawiczkach, machała rękami w powietrzu:
— Ja tylko usłyszałam huk! Myślałam, że to dostawa mąki!
PANDA, KTÓRA PRZEJECHAŁA SIĘ PO CHLEBIE
Piekarnia pachniała słodko, jak zawsze, tylko teraz z domieszką benzyny.
Policjanci spisywali protokół, a ja zapisałem w notesie pierwsze zdanie:
„Panda w piekarni — szok, niedowierzanie i…”
Nie wiedziałem, co dalej pisać, słyszałem w tle płaczliwy głos.
Tp kobieta z pandy przepraszała wszystkich, sprzedawczyni częstowała funkcjonariuszy drożdżówkami, a dzieci z osiedla robiły sobie zdjęcia z samochodem, który przebił się przez szybę niczym niesforny bohater kreskówki.
Materiał poszedł następnego dnia na pierwszej stronie działu lokalnego.
Nie dostałem za to żadnej nagrody dziennikarskiej, ale zyskałem coś cenniejszego: świadomość, że reporter nigdy nie wie, czy tropi sensację, czy po prostu fiata przebijającego się do piekarni.
