Zażywamy spaceru z panem Pięknoduchowyczem po parku, gdy mija nas młoda kobieta o włosach w kolorze dojrzałego zboża, z refleksami wpadającymi w jasny rudy. Ten odcień nie bywa obojętny. W pamięci natychmiast pojawiają się obrazy Tycjana, dla którego taka barwa włosów stanowiła niemal znak rozpoznawczy ideału kobiecej urody.
— Tycjan miał swój kolor piękna — zauważa mój towarzysz.
I rzeczywiście, w „Miłości ziemskiej i niebiańskiej” obie postaci kobiece, mimo skrajnie odmiennych ról, noszą ten sam typ włosów. Różnica nie przebiega przez ciało ani rysy, lecz przez gest, strój i znaczenie.
Dwie miłości, jedno cielesne źródło

Obraz od dawna bywa odczytywany jako zestawienie dwóch porządków: zmysłowego i duchowego. Jedna z kobiet jest ubrana bogato, druga niemal naga, ale obie mają wspólną fizyczność. Tycjan nie rozdziela ideału piękna na „ziemski” i „niebiański”. Ciało pozostaje jedno, podobnie jak natura.
Pan Pięknoduchowycz zwraca uwagę, że to właśnie w takich momentach warto przyjrzeć się detalom, które często uchodzą za dekoracyjne.
— Tam, gdzie malarz naprawdę myśli o świecie, zawsze pojawiają się zwierzęta.
Koń wykuty w kamieniu

Na pierwszym planie, na sarkofagu pełniącym rolę fontanny, widnieje płaskorzeźba konia. Zwierzę ma postawę dumną, sylwetkę zwartą, szyję mocno osadzoną. Choć to tylko kamienny relief, jego obecność przykuwa wzrok.
Pojawia się pytanie o symbolikę. Koń od wieków wiązany bywał z energią życiową, siłą, ruchem i namiętnością. W kontekście obrazu trudno nie widzieć w nim znaku miłości ziemskiej, tej związanej z ciałem, z działaniem, z dynamiką świata.
— Koń nie pasuje do kontemplacji. On należy do życia — mówi pan Pięknoduchowycz.
Rozważamy też, czy da się określić jego typ. Sylwetka przywodzi na myśl konie włoskie: raczej masywne niż smukłe, zbliżone do dawnych ras użytkowych, które łączyły funkcję reprezentacyjną z pracą. To nie rumak turniejowy ani koń mitologiczny, lecz zwierzę znane z realnego krajobrazu.
Drugie tło: owce i pasterze

Dalej, niemal niezauważalnie, rozciąga się pejzaż. Widzimy pasterzy i stado owiec. Scena zwyczajna, pozbawiona patosu. Łagodny rytm codziennej pracy, wpisany w wielką alegorię.
Te zwierzęta rzadko stają się przedmiotem interpretacji, a jednak pełnią istotną rolę. Owce nie niosą tu znaczeń teologicznych ani moralnych. Są częścią świata, w którym rozgrywa się ludzkie życie. Tycjan umieszcza swoje symbole w realnym krajobrazie północnych Włoch, wśród zajęć znanych każdemu ówczesnemu widzowi.
— Bez tych owiec obraz byłby zawieszony w próżni — zauważa pan Pięknoduchowycz.
Zwierzęta jako kotwice rzeczywistości
Koń w kamieniu i owce w oddali działają jak punkty zakotwiczenia. Sprawiają, że alegoria nie odrywa się od ziemi. Miłość, nawet ta niebiańska, wyrasta z tego samego świata, w którym pasą się stada i rzeźbi się konie w marmurze.
Tycjan nie oddziela idei od życia. Umieszcza je obok siebie, pozwalając im współistnieć bez hierarchii. Dzięki temu obraz nie zamienia się w abstrakcyjny traktat, lecz pozostaje sceną, w której wielkie pojęcia oddychają tym samym powietrzem co zwierzęta i ludzie.
Wracamy do spaceru. Park znów staje się parkiem. A kolor włosów, który zapoczątkował rozmowę, pozostaje w pamięci jak echo dawnego ideału — uformowanego z farby, światła i uważnej obserwacji świata żywego.

Poczytaj też o narodzinach sztuki!

