Tym razem chodzi o „Rusałki” Jacka Malczewskiego – a właściwie o jedną cześć cyklu o takim tytule, tę, która przedstawia scenę nad wodą. Ulotne istoty wyglądają dość swojsko (i bardzo ziemsko), niczym młode wieśniaczki. Gdyby nie tytuł dzieła, trudno byłoby pomyśleć, że chodzi o mityczne istoty. Młode i wesołe postaci kontrastują z młodym mężczyzną, który może śpi, a może jest topielcem… O tym również rozmawiamy, choć skupiamy się na innych bohaterów stawów. Nieco w głębi widać bowiem widać odlatujące – być może przepłoszone rozgwarem – białe ptaki. Widać je jedynie od tyłu, zresztą niezbyt wyraźnie, wiadomo, że są całkiem duże i białe. Jednak łabędzie byłyby chyba większe. Trop wskazuje więc na czaple białe.
Co o tym myśli pasjonat malarstwa i ornitologii pan Pięknoduchowycz?
Do pracowni znajomego wszedłem chwilę za wcześnie. Drzwi skrzypnęły, jakby same chciały zapowiedzieć mój przyjazd, ale gospodarza nie było. Zamiast niego przywitał mnie cichy, regularny szmer — odgłos suszącej się farby? A może zbliżającej się burzy?
W powietrzu unosił się zapach terpentyny, imbiru i czegoś jeszcze, co mogło być jałowcem — Pięknoduchowycz twierdził kiedyś, że „olejek jałowcowy poprawia refleksję pędzla”.
Landszafty na ścianach migotały od światła wpadającego przez półprzymknięte okiennice. W jednym z obrazów, po lewej, widać było cały orszak cieniutkich drzew, które wyglądały jakby w każdej chwili mogły przerodzić się w dziewczęta o zielonych włosach. W drugim — mężczyzna niosący pod pachą czaplę, a obok niego pies, który najwyraźniej próbował policzyć mu pióra. A w trzecim… coś między mgłą a sennym powidokiem, jakby malarz pragnął uchwycić nie kształt, lecz moment powstawania kształtu.
Gdy tak podziwiałem te drobne dziwa, Pięknoduchowycz wpadł do pracowni zdyszany, jakby gonił go batalion rusałek.
— Przepraszam… wybacz… — sapnął. — Zatrzymała mnie… hmm… tak naprawdę sam nie wiem co. Może wiatr. Może wena. Może jeden z tych ptaków, o których mieliśmy rozmawiać.
Usiadł ciężko na stołku i przetarł okulary, które zawsze zsuwały mu się aż na sam czubek nosa.
O rusałkach Malczewskiego
— Więc — zaczynam — „Rusałki” Malczewskiego.
Te dziewczęta… wyglądają, jakby wracały z zabawy dożynkowej, nie z zaświatów.
— Och, właśnie! — podrywa się Pięknoduchowycz. — W tym tkwi siła Malczewskiego. U niego fantastyka nie paraduje w koronie i nie świeci aureolą. Ona udaje zwyczajność. Przywdziewa zapaski, warkocze i ciepły rumieniec wiejskiej młodości. Rusałka to u Malczewskiego dziewczyna, która mogłaby podać ci kubek wody z miednicy — i dopiero potem wciągnąć cię pod wodę.
— A ten młody mężczyzna? Śpi?
— Oczywiście, że śpi.
Zawiesza głos na moment.
— A może już dawno śpi na dnie. Malczewski kocha takie niejednoznaczności: czy widzimy życie, czy spojrzenie zza wody? Słowiańska melancholia na płótnie. Rusałki bywają łagodne tylko z pozoru.
O białych ptakach odlatujących w tle
— No dobrze — mówię — ale przejdźmy do moich ulubionych bohaterów: tych białych ptaków odlatujących w głębi. Łabędzie? Za małe. Gęsi? Za smukłe. Czaple?
Pięknoduchowicz ożywia się natychmiast.
— Czaple białe, mój drogi! I to niemal na pewno.
Zrywa się ze stołka, podchodzi do płótna reprodukcji wiszącej na ścianie i wskazuje palcem na ledwie zauważalne sylwetki.
— Zobacz, zobacz — ogony krótkie, szyje wydłużone, ale Malczewski „odciął” je kompozycyjnie, bo nie chciał, by dominowały. Czaple mają ten sposób lotu, że szyję składają w esowaty kształt — nawet jeśli widzimy je od tyłu, wyczuwa się tę krzywiznę.
Sięga po szkicownik i kreśli szybko dwie białe sylwetki.
— Poza tym czapla jest ptakiem półdemonicznym. W sztuce często „odlatuje”, kiedy dzieje się coś między światami. Woda się porusza, rusałki zaczynają szeptać — i czapla wzlatuje. To ptak pogranicza, obserwator. Obecny, kiedy dzieje się coś tajemniczego, lecz nigdy nie w centrum wydarzeń.
— Pasuje do tematu — potwierdzam. — Ptaki, które wiedzą, kiedy lepiej trzymać dystans.
— Otóż to! A Malczewski nie maluje niczego przypadkiem. Jeśli w tle odlatują białe ptaki, to znaczy, że „zaczyna się” coś, czego nie powinien widzieć nawet ptak.
Dlaczego nie łabędzie?
— A dlaczego nie łabędzie? — podchwytuje nagle mój towarzysz, zanim zdążę zadać pytanie.
— Łabędź to majestat, symboliczny ciężar, teatralność. Malczewski użyłby łabędzia, gdyby chciał przywołać patos. A tu — patrz! — w tle trwa ruch, drobny chaos jakby ktoś nieopatrznie rozchlapał rzeczywistość. Łabędź by się tam nie zmieścił ani kompozycyjne, ani metaforycznie.
Robi pauzę i dodaje półszeptem:
— Poza tym łabędź nie odlatuje tak chyłkiem. On odlatuje z fanfarą skrzydeł, z dramatem.
Czapla — ptak, który wie więcej, niż mówi

— To więc czapla — kiwam głową.
— Czapla, bez dwóch zdań. Ptak jasny, ale nie anielski. Zwiastun ruchu. Świadek wody. Idealny dla rusałek, bo czapla zawsze stoi między światem powietrza a światem bagna. Cudowne stworzenie, muszę kiedyś namalować własną czaplę z profilu, taką co patrzy na widza, jakby wiedziała, że jest obserwowana.
Wzdycha.
— Malczewski miał intuicję ornitologa. Pewnie nawet nie wiedział, że ją ma. Ale ptaki w jego obrazach zachowują się jak prawdziwe ptaki. A to już dużo.
Pięknoduchowicz odkłada szkicownik, podchodzi do okna i patrzy w dół, na podwórze.
Nagle mówi:
— Wiesz, czasem myślę, że gdyby rusałki naprawdę istniały, to też przepłoszyłyby czaple. Bo czaple lubią spokój, a rusałki — nawet jeśli wyglądają jak grzeczne dziewczęta — niosą ze sobą ruch. Trochę życia, trochę śmierci, zawsze coś na zakłócenie ciszy.
Macham głową energicznie ze zrozumieniem.
W pracowni znów zapada cisza, ale taka, która nie jest pusta — raczej jakby ptaki naprawdę coś nam szepnęły od tyłu, w locie, i zostawiły resztę zwykłym śmiertelnikom.

Jeśli interesujesz się zwierzętami w malarstwie, poczytaj o nietoperzach na „Wernyhorze” Matejki, „Polu pszenicy z krukami” van Gogha czy „Jednorożcu” Moreau.
