Siedzimy sobie z panem Pięknoduchowyczem (znamy się jak łyse konie!) na ławce, w miejscu zupełnie niekojarzącym się ani z muzeum, ani z toaletą publiczną (jak sam zauważyłeś — to ważne!). Przed nami rozciąga się łąka, a tuż za płotem pasie się koń sąsiada. Rozmówca, stary koniarz i miłośnik wszelkich istot z grzywą, popija herbatę z termosu, po czym rzuca nieoczekiwanie:
— A pamięta pan, jak Duchamp zrobił rzeźbę konia, która właściwie nie jest koniem?
I zaczyna się wartka rozmowa, niepowstrzymana niczym górski potok.
Nie rzeźbić, tylko myśleć. Duchamp zmienia zasady gry
Duchamp nie był twórcą koni w klasycznym sensie. Nie dłubał w marmurze jak Rodin, nie cyzelował muskulatury jak renesansowi mistrzowie. Jego “Koń” — jeśli w ogóle użyć tego słowa — nie przypomina sprężystej formy z brązu, lecz raczej koncepcję rozebraną na części pierwsze.
Pan Pięknoduchowycz kiwa głową, bo jako miłośnik żywych rumaków wie, że koń to zwierzę ruchu, pulsującej energii, a u Duchampa ten ruch… rozprasza się. Unika bryły. Ucieka w ideę.
Jak to zwierzę porusza się w czasie i przestrzeni?
Tu dochodzimy do sedna. Duchamp, zafascynowany dynamiką, kubizmem i czasem (tym czwartym wymiarem, który tak upodobali sobie awangardziści), postanowił uchwycić to, czego klasyczna rzeźba nie potrafiła — zmienność. Cała idea posągu zostaje zaprzeczona!
Koń więc nie stoi. Nie pędzi. Nie stąpa.
On dzieje się.
W jego pracach ruch zostaje przełożony na sekwencje: powtarzalne formy, wielość faz, jakby koń był widziany nie jednym spojrzeniem, lecz wieloma jednocześnie.
Pan Pięknoduchowycz tłumaczy to po swojemu:
— To jakby sfotografować konia galopującego nocą przy długim czasie naświetlania. Tylko że zamiast zdjęcia masz rzeźbę, która w ogóle nie wygląda jak koń.
I muszę przyznać — coś w tym jest. Duchamp nie daje nam zwierzęcia, lecz jego trajektorię.
Czy on go „rozbił”, czy „rozwinął”?
Kiedy spacerowaliśmy po muzeach (albo przynajmniej ich katalogach), obaj zauważyliśmy, że u Duchampa forma zwierzęcia migocze: niekiedy przypomina konstrukcję mechaniczną, innym razem coś pomiędzy szkieletem a maszyną.
Nie chodziło o realizm. Chodziło o to, by koń przestał być przedmiotem, a stał się procesem, linią zmieniającą się w przestrzeni.
Czyli — jak stwierdza pan Pięknoduchowycz — przestał być „konkretny”, a zaczął być „czasoprzestrzenny”.
Może nie brzmi to jak typowy komentarz miłośnika stajni, ale kiedy się nad tym zastanowić, jest w tym pewna logika: koń nie istnieje bez ruchu, a Duchamp ten ruch „rozpakowuje”.
Dlaczego to tak mocno oddziaływa?

Dla jednych to żart.
Dla innych filozoficzna prowokacja.
Dla nas — pretekst do rozmowy na ławce w ciepły dzień.
Rzeźba konia wyścigowego, której formy nie przypominają zwierzęcia, może brzmieć jak kpina z tradycji. Ale w gruncie rzeczy Duchamp zadał poważne pytanie: czy można przedstawić ruch bez przedstawienia istoty, która się porusza?
Wygląda na to, że w jego przypadku — można.
Pan Pięknoduchowycz podsumowuje to najpiękniej:
— On go nie wyrzeźbił. On go uwolnił.
Koń zatem przemierza czas i przestrzeń nie kopytami, lecz ideą.
I prawdę mówiąc — kiedy patrzę na pasącego się obok żywego konia, mam wrażenie, że Duchamp by się ucieszył z takiego porównania. Choć pewnie zaraz by je… zdekonstruował.
Kiełznanie konia nie wchodzi w tym przypadku w rachubę. Jest on nieujarzmialny.

