Strona główna » Blog » Ssaki » Świniobicie
Posted in

Świniobicie

Świniobicie – słowo ciężkie, brzmiące jak cios siekiery, a jednocześnie zakorzenione w dawnym rytmie wiejskiego życia. Dziś, w czasach sterylnych marketów i plastikowych tacek, wywołuje raczej obrzydzenie czy współczucie, ale niegdyś było to wydarzenie, które scalało ludzi. Uroczystość, niemal święto, choć podszyte krwią i krzykiem. Wspomnienie tego najlepiej oddaje opowieść Lyłonka, który często przywołuje swego oupika Achima – człowieka wielkiej pasji i jeszcze większej wytrwałości, dla którego świniobicie było i rzemiosłem, i odświętnym rytuałem.

Świniobicie na wsi

Achim, jak wspomina Lyłonek, miał ręce szerokie jak łopaty i serce równie miękkie, co uparty. Gdy nadchodziła zima, szykował się do świniobicia z powagą niemal religijną. Najpierw porządkował podwórko, ostrzył noże, a potem długo karmił zwierzę, by „było szczęśliwe do końca”. Bo, jak mawiał, „mięso pamięta, jak traktowałeś zwierza”. Sam moment uśmiercenia budził w nim respekt i milczenie, wszyscy cichli, gdy dobiegał ich uszu ostatni odgłos świni. To nie była frywolna zabawa, choć później, owszem, śmiechu bynajmniej nie brakowało.

Co widzi świnia na świniobiciu?

🩸

ostatnie sekundy życia świni – widok z dołu

Świniobicie w wersji Achima szybko przeistaczało się w sąsiedzkie zgromadzenie. Zjeżdżała rodzina, przychodzili sąsiedzi – każdy miał swoją rolę. Jedni trzymali, inni podawali, inni przygotowywali beczki i miski. A kiedy już mięso dzielono, zaczynała się uczta: świeża kaszanka, gorące skwarki, chleb pachnący piecem. Tu nie było miejsca na obojętność. Jedzenie smakowało inaczej, bo każdy wiedział, skąd pochodzi.

Świniobicie z dancingiem

Najbardziej niezwykłe jednak były świniobicia z dancingiem, które Achim – wbrew powadze samego aktu – wprowadził jako znak czasów. Po pracy, gdy mięso leżało już w chłodzie, a krew gęstniała w garnkach, ktoś wyciągał harmonię, ktoś inny ustawiał patefon. Nogi same rwały się do tańca, a sala wiejskiej świetlicy drżała od oberków i walczyków. Brutalny akt (z naszej perspektywy) stanowił także pretekst do radości, do wspólnego bycia razem. Lyłonek pamiętał, jak jego oupik Achim w tańcu podrygiwał, cały wąs zatopiony w piwie, a twarz rozświetlona szczęściem.

Relacja Lyłonka pokazuje, że świniobicie, choć brutalne, było także formą wspólnoty i cyklu życia, którego dziś, w miejskim oddaleniu od natury, nie potrafimy pojąć. W rytuałach tych była brutalność, ale była też szczerość. Achim nigdy nie kłamał zwierzęciu – wiedział, że bierze życie, by dać życie swojej rodzinie. A potem, kiedy w świetlicy skrzypiała podłoga, a ludzie tańczyli z wypiekami na twarzach, śmierć i życie splatały się w jednym wielkim, ludzkim misterium.

Nawet śmierć zwierzęcia mogła stać się początkiem pieśni, tańca i radości.