Strona główna » Blog » Ssaki » Poniatowski na koniu
Posted in

Poniatowski na koniu

Józef Poniatowski był żołnierzem. Nie urzędnikiem, nie strategiem zza biurka, tylko żołnierzem, który szedł w ogień razem z własnym mundurem, ciałem i nazwiskiem. Gdy wjeżdżał na koniu, nie było w tym pozy. Była obecność.

Na obrazach siedzi prosto. W mundurze, w pelerynie, w czapce. Zawsze trochę za piękny jak na wojskowego, ale za to tak go pamiętano. Kiedy jechał – widać było, że jedzie ktoś, kto wie, co to znaczy prowadzić, ale też co to znaczy umrzeć z własnego wyboru.

Kiedy koń staje się losem

W 1813 roku, pod Lipskiem, podczas odwrotu wojsk Napoleona , Poniatowski dostał od cesarza buławę marszałka Francji. Chwilę przed śmiercią. Order i wyrok w jednej mowie.

Bronił odwrotu. Przeprawiał się przez rzekę. Ranny, już kilkukrotnie postrzelony, nie zszedł z konia. Zginął w nurtach Elstery. W zbroi. Na koniu umiejącym pływać, ale w takim ryszntunku?

To nie był koniec bitwy, ale to był koniec pewnego porządku. Porządku, w którym można było umrzeć nie z przymusu, ale z wyboru. Świadomie, w siodle, wiedząc, że się nie wróci.

Co mówi koń

Koń w tej historii nie jest tylko środkiem transportu. To nie „pojazd kawaleryjski”. To partner. Współuczestnik klęski. W jeździe Poniatowskiego na koniu jest pewien ciężar – nie efektowność, nie pokaz – tylko rytuał. Jakby wiedział, że ten koń go poniesie tylko raz jeszcze. I że trzeba mu zaufać. Potrzebny by tu raczej był kaskador na koniach!

Nie zsiadł. Nie skrył się. Nie zmienił zdania. Galopował w wodę, jakby mógł ją przejechać. Może wierzył, że koń da radę. Może chciał tylko nie zawieść.

Po wszystkim

Po śmierci wyciągnięto ciało. Później były pogrzeby, pomniki, przemowy. Ale ten obraz zostaje: jeździec, ranny, w pełnym galopie, wchodzący w wodę, z której nie wyjdzie.

Koń nie wrócił. Jeździec nie wrócił. Ale opowieść została. I nie dlatego, że był księciem, marszałkiem, bratankiem króla. Ale dlatego, że wiedział, kiedy się nie zawraca.