Niektóre konie istnieją już tylko w zapisie geologicznym – w cieniu kości, w śladach kopyt utrwalonych w kamieniu. Ich imiona przepadły, lecz rytmy ich biegu wciąż drgają w ziemi, jak echo dawnych stepów.
Elegia o wymarłych koniach
Najstarsze z nich, drobne jak psy, żyły ponad pięćdziesiąt milionów lat temu. Eohippus (nazywany nie bez powodu przodkiem konia), koń jutrzenki, miał cztery palce i długi pysk, który przypominał raczej kształt gazeli niż współczesnego rumaka a w posturze miał coś z kapibary. Biegał po wilgotnych lasach, nie znając jeszcze wiatru otwartych przestrzeni. Potem przychodziły inne – Mesohippus, Merychippus, Pliohippus – kolejne wersje ruchu i ewolucyjnego wysiłku ku doskonałości. Każdy z nich był próbą natury, szkicem przed ostatecznym obrazem konia, który stanie u boku człowieka – na przykład jako koń rycerski.

Ale nie wszystkie dotarły do tej granicy. Wraz z przemianami klimatu i stepów wiele linii zgasło, jakby przygasły świece w wielkim tyglu życia.
Zniknęły gatunki, które nigdy nie zaznały dotyku dłoni, które nie znały siodła ani imienia. Ich obecność przetrwała w pyłach Gobi, w piaskach Ameryki Północnej, w suchych korytach pradawnych rzek.
Wymarłe konie są pamięcią ruchu – tej oto energii, która kiedyś porywała całe stada przez przestrzeń i czas. Patrząc na ich skamieniałości, można odczuć coś z pokory wobec ewolucji: świadomość, że każdy galop jest chwilowy, że każde stworzenie nosi w sobie ziarno przemijania.
A jednak koń nie odszedł całkiem. Wciąż trwa w swojej współczesnej formie, dzikiej lub udomowionej, ale w jego oczach drzemie cień tamtych, których już nie ma.

