Dzwoniec – mały, niepozorny ptak, którego można spotkać w parkach i ogrodach. Jego śpiew jednak nie daje się łatwo zlekceważyć. To metaliczne dzwonienie, od którego wziął swoją nazwę, dźwięk czysty, lśniący, niemal kryształowy. Wiosną, gdy samce walczą o partnerki, całe drzewa wibrują od ich pieśni.
Jest stare porzekadło: „Jak dzwoniec śpiewa – żyć się zachciewa”. Przekazał mi je mój prawuj Izydor.
Ornitolodzy opisują śpiew dzwońca jako połączenie trzepotu, dzwonienia i trylowania. Ale to suche słowa. Prawdziwy śpiew brzmi jak mikroskopijny koncert w koronach drzew.
Spróbujmy ująć go fonetycznie:
„dżii-dżii-dżii… krrrriiiiii… dżii-dżii-trrrr… kliiii-dzink-dzink…”
Dzwoniec nie śpiewa dla nas – jego pieśń to deklaracja wobec rywali i zalotny hymn do samicy. A jednak my, słuchacze z zewnątrz, słyszymy w tym coś więcej. Może przypomnienie, że świat nie powstał po to, by nas bawić, a jednak potrafi zachwycać.
I ja, który słucham,
staję się liściem,
kroplą,
oddechem wśród nut.
Dzwoniec śpiewa – a świat
rozbrzmiewa jak serce,
którego bicie
nie zna końca.
