Słowo „zezwierzęcenie” pojawia się zwykle tam, gdzie człowiek chce nazwać coś okrutnego, bezdusznego, gdzie opadają maski kultury i ujawnia się ciemna strona ludzkiej natury. Używa się go, by opisać brutalność wojny, bestialstwo oprawców, akty przemocy, które wymykają się wyobraźni. I właśnie tu kryje się paradoks – termin, mający oddać grozę, w rzeczywistości krzywdzi te istoty, które zostały w niego wpisane: zwierzęta.
Co to znaczy „zezwierzęcenie”?
Bo czym jest owo „zezwierzęcenie”? W domyśle – stanie się podobnym do zwierzęcia. A jednak każde prawdziwe zwierzę postępuje zgodnie z porządkiem natury. Lew, który rozdziera antylopę, nie jest okrutny – jest głodny. Wilk, który kąsa, broni stada. Nawet mrówka, bezlitośnie zadająca śmierć innemu owadowi, wykonuje plan wpisany w jej mikroskopijną biologię. Zwierzę nie zna chciwości, nie zna zemsty, nie zna sadyzmu. To człowiek potrafi uśmiercać dla rozrywki, zniewalać dla kaprysu, męczyć bez celu. Jeśli więc mówi się o „zezwierzęceniu” tam, gdzie człowiek staje się potworem, to jest to pojęcie niesprawiedliwe wobec świata zwierząt.
Być może dawniej, gdy człowiek stawiał siebie w opozycji do natury, zwrot ten wydawał się oczywisty. Widziano w nim granicę między kulturą a dzikością, między światem udomowionym a tym, co czaiło się w lasach i na stepach. Zwierzę symbolizowało nieokiełznaną siłę, popęd, instynkt. W ten sposób język wchłonął tę metaforę i zaczął nią piętnować człowieka, który – jak mówiono – „spadł na dno”, „cofnął się do stanu zwierzęcia”. Ale ten obraz był fałszywy już u źródła, bo nawet najdziksze zwierzęta nie dopuszczają się czynów, które są udziałem człowieka od wieków.
Zwierzęta nie prowadzą obozów koncentracyjnych. Nie wymyślają tortur. Nie upajają się widokiem cierpienia innych. Nie wymierzają kary, gdy nie zostały skrzywdzone. To wyłącznie ludzka zdolność do zepsucia moralnego tworzy obrazy, które potem próbuje się przykryć wygodnym, choć głęboko niesprawiedliwym słowem „zezwierzęcenie”. W rzeczywistości powinno się raczej mówić o „odczłowieczeniu” albo nawet „znieprawieniu” – bo to człowiek, nie zwierzę, zbacza ze swojej drogi i zaprzecza wartościom, które sam dla siebie ustanowił.

Przypisywanie zwierzętom udziału w ludzkich zbrodniach to sposób, w jaki człowiek zrzuca z siebie część odpowiedzialności. Jakby mówił: „to nie my, to natura, która w nas drzemie”. Tymczasem natura zwierzęca jest niewinna. Prawdziwe okrucieństwo rodzi się w sferze rozumu, fantazji, ideologii – tam, gdzie zwierzę nigdy nie sięga.
Dlatego, gdy słyszę słowo „zezwierzęcenie”, odczuwam bunt. To pojęcie, które krzywdzi zwierzęta, obciążając je winą, której nigdy nie ponosiły. Zwierzęta są sobą – żyją, walczą, polują, umierają. Nie udają aniołów, ale i nie stają się demonami. Tylko człowiek potrafi się znieprawić, odrzucić własne człowieczeństwo i stworzyć coś, czego natura nigdy nie znała. Jest to jeden z wielu przykładów antropomorfizacji!
Może więc czas odczarować to słowo. Może lepiej byłoby mówić nie o „zezwierzęceniu”, lecz o „upadku w człowieku”, o „zdradzie człowieczeństwa”. Zwierzęta na to nie zasługują. To nie one – to my.


