W ciemnym kącie poddasza, przy świetle kilku świec, Zbyszek W. ustawia tabliczkę Ouija. „Nie każdy może to robić. Trzeba mieć spokój i… odwagę” – mówi, nie patrząc w oczy. Zbyszka spotkałem w małym miasteczku na Dolnym Śląsku, gdzie prowadzi warsztaty okultystyczne dla nielicznych, odważnych uczestników.
– Wiesz, ludzie myślą, że to jak w filmach: mrugnięcie, zaklęcie i duch stoi przed tobą – śmieje się. – W rzeczywistości potrzeba koncentracji, odpowiedniej energii i rytuału, który trwa często godzinami. I nie zawsze coś się pojawi.
Rytuały i formułki – magia czy tani spektakl?
Według Zbyszka, każdy rytuał wymaga kilku elementów:
- Krąg ochronny – rysowany kredą lub solą, chroni uczestników przed niechcianymi bytami.
- Świece i przedmioty symboliczne – np. lustra, kości lub amulety.
- Inkantacje – powtarzane słowa w starożytnych językach, które mają przyciągnąć uwagę ducha.
– Nie chodzi tylko o słowa – tłumaczy Zbyszek – to energia grupy, niczym siła konia, nasza koncentracja i intencja decydują o skuteczności. Formułka sama w sobie jest jak klucz bez zamka.
Teologowie: gry człowieka z siłami, których nie rozumie
Spotkałem też ojca Tomasza, lokalnego teologa, który od lat zajmuje się poradnictwem duchowym:
– Próby wywoływania duchów są ryzykowne – mówi. – Zmarli nie czekają na nasze „pstryknięcie palcem”, a duchy, które się pojawiają, mogą wprowadzać w błąd lub nieść zło. Modlitwa, pamięć i msza są jedynymi bezpiecznymi sposobami kontaktu z zaświatami.
Widać wyraźny kontrast: dla Zbyszka to ponętne badanie niewidzialnego świata, dla ojca Tomasza z nawisłymi chmurnie brwiami – igranie z tym, czego człowiek nie powinien dotykać.
Między absurdem a fascynacją
Czy da się przywołać ducha w jednej chwili? Zbyszka uśmiech jest połowiczny:
– Czasami coś się pokaże – mówi. – Czasami czujesz tylko przeciąg lub zimno na karku. Ludzie przychodzą z wyobraźnią pełną horrorów, a ja mówię: bądź gotów na wszystko i nic nie obiecuję.
W tym tkwi sedno wywoływania duchów: nigdy nie wiadomo, czy doświadczenie jest rzeczywiste, czy zaledwie bądź aż projekcją ludzkich lęków.
Raport z pola: atmosfera i wrażenia
Siedzimy przy świecach, w tle skrzypi podłoga, zegar tyka. Zbyszka instrukcje są precyzyjne: ręce na planszy, palce lekkie jak u pianisty, skupienie maksimum. Cisza. Nagle tabliczka lekko drgnęła – może od oddechu, a może… kto wie?
– Widzisz? – mówi Zbyszek. – Każdy ruch jest interpretacją. Nie mogę powiedzieć, że to duch, istota pozaziemska, ale twoja imaginacja działa.
I właśnie tu ujawnia się największa moc tych rytuałów: kontakt z niewidzialnym staje się lustrem ludzkich emocji, strachów i nadziei.
Humorystyczna puenta
Wywoływanie duchów to trochę jak próba złapania mgły – można spróbować, poczuć ją na dłoniach, a potem zobaczyć, że… przepadła. Jednocześnie oczarowuje jak tęczowy koń, uczy koncentracji i pozwala spojrzeć w głąb labiryntu własnych lęków. Tylko, czy jest z niego wyjście?
– I co, da się tak przywołać zjawę „na pstryknięcie palcem”? – pytam poważnie.
– Przy odrobinie wyobraźni i to jest możliwe – śmieje się Zbyszek, właściwie to rży jak koń. – Reszta to już teatr i szczypta szaleństwa.


