Strona główna » Blog » Potwory » Ślady życia na Marsie: czy na tej planecie krzewi się życie?
Posted in

Ślady życia na Marsie: czy na tej planecie krzewi się życie?

życie na marsie

Reportaż z wielkiej marsjańskiej pogoni

Dostaję cynk, że na Marsie znaleziono życie. Jeszcze nie dopinam pasa, a już rozlewam cappuccino na koszulę i wybiegam jak poparzony. Gors mam cały w kawie, ale nieważne – priorytetem jest zebranie przyrodników o bardzo różnych ukończonych kierunkach, student 6 uczelni, choć żadnej do tej pory nie ukończył, a ma już pod 40, podobny , choć o kilka lat starszy wiekiem rozpalony umysł, no i w odróżnieniu od kolegi absolwent – wprawdzie kulturoznawstwa, ale jednak. Niemniej od dawna każe o sobie mówić „ornitolog”, nieraz wciela się też w rolę „ekologa”. No tak, gdyby miał się przedstawić jako kulturoznawstwa naawet czar jego charyzmy mógłby momentalnie wyparować.

Wpadam do naszego koła, wszyscy siedzą jakby czekali właśnie na mnie.
– Czyli są kosmici! – wypalam, bez przygotowania, bez wstępów.
– A pewnie, że są – przytakuje młodzieniaszek, z tym błyskiem w oku, który oznacza gotowość na każdą fantazję.

Pozostali jednak milczą. Tylko widać, jak jeden z nich, drągowaty w okularach, poprawia oprawki i kręci głową („Kafar” nzywamy go za plecami”).
– Tego już było pełno – mówi. – Ostatni tydzień to same doniesienia: a to życie w plamach na zdjęciach, a to w kamieniach, a to w pyle. Jeszcze chwila i zaczną twierdzić, że szopki mariackie też się poruszają.

– Ale są takie! – wypaliłem bez namysłu, przypominając sobie dziecięcy zachwyt przy ołowianych pasterzach i gwiazdach na kijkach.
– Nie mówimy o ruchomych szopkach, tylko o nauce – uciął sprawę drągal.

Zapadła cisza, którą przerwał dopiero on sam, wskazując na mnie palcem:
– Ktoś musi to sprawdzić. Ty pojedziesz. To twój konik.
– Mój też! – zawołał młodzieniaszek, urażony, że o nim zapomniano.
– Tak, twój też – drągal machnął ręką. – No to jedźcie. I czekamy na wiekopomne wieści.

Ruszamy więc – w stronę Polskiej Akademii Nauk, gdzie rzekomo ma być dowód. Biegnę, on biegnie, a w radiu lokalnym już w tym czasie sączy się chłodny głos sprawozdawcy:

„Sensacyjne znalezisko na Marsie, ogromna głowa hominida, która miała być dowodem na istnienie obcej cywilizacji… okazała się zwykłym złudzeniem. Gra światła i cienia. Skała. Kamień. Nic więcej.”

Patrzymy po sobie z młodzieniaszkiem. On cały jeszcze w ogniu nadziei, ja już z poplamioną kawą koszulą i poczuciem deja vu. Znowu Mars, znowu życie, znowu nic, i pewnie całe życie zmarnowane.

Ale w głębi głowy rodzi się pytanie: a jeśli to nie była skała? Jeśli ktoś chce nas zniechęcić, zanim ruszymy dalej? Jeśli kosmici tylko czekają, aż wreszcie znajdziemy odwagę, by zajrzeć pod powierzchnię?

W końcu czy ktoś uwierzyłby, że na świecie naprawdę poruszają się szopki mariackie? To jest równie prawdopodobne bądź nie, że UFO istnieje.

Ale zaraz, coś mnie jakby tknęło, niemal dotykalnie. Aha, to młodzieniaszek jeszcze z resztkami nadziei w sercu czekał na coś, i się lekko na mnie wsparł. Ale to nie to. Tknęła mnie niezwykle klarowna myśl. Oni ci tam, to komórka marsjańska, która robi wszystko, żeby mnie zdyskredytować. Zawsze, jak już jetem na miejcu, żeby zbasać do gruntu sprawę, coś znika, gdzieś coś się okazuje czymś innym… Chowają to przede mną wszyscy. Oczywiśćie poza uczynnym i przyjaznym młodzikiem.