A we śnie wracał las, ten sam od lat, przynajmniej raz w tygodniu.
Liście szeleściły srebrem, a on biegł boso, lekki, z włosami jak kaskada księżycowego światła. Nie bolały go stopy.
Dłoń nie śmierdziała krwią.
Nie czuł odłamków żelaza w kościach. Zamiast tego plugastwa: wiatr i śmiech, i przede wszystkim jej głos wołający go po imieniu (dźwięczne wołanie niosło się hen echem przez las!).
++++++++++++++++++++++++++++++
Kiedy się budzi, przez chwilę jeszcze czuje zapach mchu i jałowca.
Potem zostaje tylko mokra jaskinia, smród skóry zdartej rok temu z trolla i ciężar topora (we śnie był lutnią). Ork zamyka oczy.
Bardzo mocno. Zasłania je łapami. Chce jeszcze jedną sekundę być elfem.

Sen Argholda

