Mutant – słowo, które wywołuje dreszcz. W języku biologii oznacza organizm, w którym zaszła zmiana genetyczna. Bez takich zmian życie nie mogłoby istnieć – każdy gatunek, każda nowa cecha to efekt mutacji. Gdyby nasi praprzodkowie nie mutowali, nie byłoby ani rąk, ani oczu, ani mózgu. W tym sensie każdy z nas jest mutantem – chodzącym dowodem na to, że błędy w kopiowaniu DNA są zarazem błogosławieństwem.
A jednak w kulturze popularnej mutant to niemal zawsze potwór. W kinie lat 50. – naznaczonym lękiem przed atomem – pojawiają się gigantyczne mrówki, jaszczury, ryby, które zrodziły się z promieniowania. W literaturze sci-fi mutanty są ostrzeżeniem: co się stanie, gdy natura wymknie się spod kontroli? Potwór Frankensteina, Godzilla, później całe galerie stworów z komiksów i filmów – wszystkie one wyrastają z obsesji na temat mutacji.
Z drugiej strony mutant może być też figurą nadziei. W komiksach Marvela mutanty z serii „X-Men” są prześladowane, bo różnią się od ludzi, ale ich inność daje im niezwykłe zdolności. To metafora dla każdej mniejszości – tych, którzy są inni, a przez to niebezpieczni w oczach większości. Mutant staje się bohaterem, bo pokazuje, że ewolucja nie stoi w miejscu, że przyszłość należy do odmienności.
W świecie rzeczywistym mutacje są na ogół neutralne albo szkodliwe. Ale te nieliczne korzystne zmieniają historię życia. Pojawienie się odporności na choroby, zdolność trawienia mleka w dorosłości, barwa skóry – wszystko to efekty mutacji. Niewielka zmiana w kodzie, a konsekwencje kolosalne.
Mutant więc to nie tylko potwór z filmów, ale i my sami. Nasze ciała są archiwami milionów mutacji, które pozwoliły nam żyć. To powinno nas uczyć pokory – i przypominać, że przyszłość życia również będzie mutacyjna. Mutant nie jest wrogiem, mutant jest losem.

Mutant też łaknie miłości…
