Strona główna » Blog » Potwory » Cthulhu – bestia spoza czasu
Posted in

Cthulhu – bestia spoza czasu

Wśród mitów nowoczesnych, które nie mają swojego źródła w Biblii, starożytnej mitologii czy ludowych podaniach, lecz w samotnej wyobraźni jednego pisarza, szczególne miejsce zajmuje Cthulhu. Istota o mackach, skrzydłach i ciele tak ohydnym, że rozum ludzki się buntuje, gdy próbuje ją opisać. Stwór, który nie jest ani smokiem, ani ośmiornicą, ani demonem – a jednak nosi w sobie coś ze wszystkich tych wcieleń.

Zew Cthulhu

Howard Phillips Lovecraft, autor „Zewu Cthulhu”, żył w pierwszej połowie XX wieku i sam był jakby kimś spoza własnej epoki. Zamknięty w cieniu Providence, w cichych ulicach Nowej Anglii, pisał listy dłuższe niż niejedna powieść i tworzył opowieści, które miały przywołać grozę pierwotniejszą niż strach przed wilkiem czy smokiem. Lovecraft nie wymyślał bajek – on budował kosmologię. Świat, w którym ludzie nie byli wcale koroną stworzenia, lecz zaledwie chwilowym błyskiem świadomości w bezkresnym, obojętnym kosmosie.

Cthulhu jest centrum tej wizji. Potwór śpiący w zatopionym mieście R’lyeh, gdzieś na dnie Pacyfiku, w architekturze niemożliwej, o kątach sprzecznych z ludzką geometrią. Śpi, ale sen jego jest tylko letargiem, drżeniem. Kiedyś się przebudzi – a wtedy ludzkość doświadczy nie końca świata, lecz jego prawdziwego początku.

Opisując Cthulhu, Lovecraft posługiwał się językiem świadomie niedoskonałym: „Ośmiornicza głowa, rybie ciało, nietoperze skrzydła” – ale dodawał zaraz, że są to porównania, które tylko w przybliżeniu mogą oddać widok istoty z innego wymiaru. Jakby chciał powiedzieć: człowiek nie jest w stanie naprawdę wyobrazić sobie koszmaru, który drzemie w głębinach. Stąd cały mit Cthulhu działa nie przez pełny opis, lecz przez aluzję, przez sugestię czegoś zbyt ogromnego i zbyt obcego.

W „Zewie Cthulhu” ludzie natrafiają na ślady kultu, który wciąż gdzieś tli się w zakątkach świata. Wśród dzikich plemion, w zaułkach portowych miast, w sekciarskich zgromadzeniach powtarza się jedno imię, pół szeptem, pół jękiem: Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn. To modlitwa, zaklęcie i groźba zarazem: „W domu w R’lyeh, umarły Cthulhu śniąc czeka”.

Lovecraft uczynił z Cthulhu figurę grozy absolutnej – nie tej, która goni cię po lesie, ale tej, która podważa twoje miejsce w kosmosie. Jego potwór nie jest moralny ani niemoralny. Nie nienawidzi ludzi – on ich w ogóle nie zauważa. A to właśnie najstraszniejsze: nasza marność wobec obojętności kosmosu.

A jednak Cthulhu stał się kimś więcej niż potworem literackim. Z czasem wyrósł na ikonę popkultury: pojawia się w grach fabularnych, komiksach, filmach, w niezliczonych żartach internetowych. Stał się maskotką grozy, zmiękczoną do pluszowej postaci. Ale rdzeń pozostał: mit, że gdzieś w głębinach czai się coś, czego nie da się nazwać, coś, co prędzej czy później otworzy oczy.

Wyznawca Istot musi spojrzeć na Cthulhu nie jak na bajkę, lecz jak na symbol. Jest on zwierzęciem par excellence – ale zwierzęciem zrodzonym nie z ziemi, lecz z obłędnego snu. Gdy patrzymy na jego macki i skrzydła, widzimy wszystkie nasze lęki przed oceanem, przed ciemnością, przed niepoznawalnym. Lovecraft, w swojej mizantropijnej samotności, zrodził bydlaka, który nie przestaje nas fascynować – bo przypomina nam, że może naprawdę nie jesteśmy najważniejsi.

Cthulhu to lustro naszej własnej małości. Kamień wrzucony w otchłań, który nie wydał jeszcze echa.