W samym sercu starego lasu, tam gdzie promienie księżyca potrafią przecisnąć się nawet przez najgęstsze świerkowe korony, leży ukryta polana, o której ludzie dawno już zapomnieli. Gdy zegar na wieży w dalekiej wiosce wybija północ, a rosa zaczyna śpiewać cichutko na liściach paproci, z mchu i spod muchomorów wychodzą oni – mali skrzatowie w czapeczkach z żołędzi i płaszczykach utkanych z wieczornej mgły i porannej rosy. Wtedy polana budzi się do życia!
Najpierw drżą leciuchno czerwone kapelusze muchomorów, jakby same chciały zacząć przytupywać. Potem rozlega się cichy, srebrzysty śmiech wiatru w liściach – to sygnał. I nagle, jakby ktoś rozlał garść gwiazd po trawie, zaczynają tańczyć. Borowe stworzonka wirują w kole, hop! i hop!, ich brody i czapki śmigają jak małe komety, a stópki w bucikach z kory ledwo muskają ziemię.
Muchomory kiwają kapeluszami w takt, a jeden wysoki, z najbielszym kropkami, próbuje nawet gwizdać melodię przez dziurkę po ślimaku.

Niewątpliwie warto też zapoznać się z piosenkę o muchomorku!

