Cmentarz zwierzaków
Rodzina Creedów wprowadza się do małego miasteczka Ludlow w stanie Maine. Dom stoi tuż przy ruchliwej drodze, którą codziennie pędzą ciężarówki. Sąsiad Jud Crandall, miły starszy pan, pokazuje doktorowi Louisowi Creedowi ścieżkę w lesie – prowadzi do starego indiańskiego cmentarza dla zwierząt. A dalej… dalej jest coś jeszcze gorszego.
Kot Church ginie pod kołami Orinco. Jud, chcąc oszczędzić dzieciom traumy, zabiera Louisa dalej niż na zwykły Smętarz. „Czasami śmierć jest lepsza” – powtarza, ale i tak prowadzi go tam, gdzie ziemia jest kwaśna i gdzie coś starego wciąż czeka.
Pierwsza połowa książki to absolutny mistrzowski horror psychologiczny. King buduje napięcie jak mało kto: powolne, duszne, z rosnącym poczuciem, że coś bardzo, bardzo złego czai się tuż za progiem codzienności. Strach przed śmiercią dziecka, żałoba, bezsilność rodzica – to wszystko jest tak prawdziwe, że czyta się z zaciśniętym gardłem.
A potem… potem Louis zaczyna podejmować decyzje, przy których czytelnik tylko chwyta się za głowę i krzyczy w myślach „nie rób tego, idioto!”. Im dalej, tym bardziej książka osuwa się w groteskę. Złowrogie indiańskie cmentarzysko zamienia się w magiczny teleport dla zombie-kotów i zombie-dzieci, a finałowy akt to już czysta opera mydlana z toporem w roli głównej.
Co wciąż przeraża jak cholera?
- Pierwsze 300 stron – jeden z najlepszych horrorów psychologicznych Kinga
- Temat żałoby i niemożności pogodzenia się ze śmiercią bliskich
- Genialny motyw „drogi” i ciężarówek jako współczesnego Molocha
- Wendigo jako subtelne, kosmiczne zło w tle (szkoda, że później porzucone)
- Kot Church – najstraszniejszy zwierzak w literaturze grozy
Gdzie King pogrzebał własną książkę?
- Trzeci akt – z genialnego horroru w farsę z zombie-toddlerem
- Ostateczny villain to… dwulatek z nożem do chirurgii (serio?)
- Wszyscy bohaterowie nagle dostają lobotomii fabularnej
- Wendigo i pradawne zło porzucone na rzecz tanich jump scare’ów
- Finał tak absurdalny, że czyta się go już tylko z politowaniem
King sam przyznał, że ta książka przerażała go tak bardzo, że przez chwilę nie chciał jej wydać. I miał rację – ale tylko do strony 350.

Dowiedz się o prawdziwym cmentarzach dla koni!
