Strona główna » Blog » Dinozaury » Wskrzeszenie dinozaurów
Posted in

Wskrzeszenie dinozaurów

Co roku, a może i częściej, media lubią podrzucić nam suspensowy artykuł o rychłym wskrzeszeniu dinozaurów. Zwykle teksty tego rodzaju powtarzają schemat: najpierw powołanie się na „przełomowe badania” w jakimś laboratorium, potem sugestia, że niemal jutro w Parku Jurajskim będziemy mogli pogłaskać tyranozaura po łusce. Tego typu narracje są w gruncie rzeczy kalką z filmu, który – nie oszukujmy się – pomieszał epoki i cechy wymarłych zwierząt jak w tanim koktajlu: raptory wyglądają inaczej, niż wyglądały, czasem obdarza się je zupełnie cudacznymi cechami, a sama koncepcja odtwarzania DNA z krwi sprzed 65 milionów lat to już brawura science fiction.

Weźmy na warsztat ten bursztynowy mit: komar, który miałby wysysać krew dinozaura, a potem, jako okaz zaklęty w złocistej żywicy, przetrwać do naszych czasów i zachować nienaruszony łańcuch DNA. Szkoda komentować – bo cząsteczki DNA rozpadają się szybko, w skali geologicznej błyskawicznie. Już kilkaset tysięcy lat oznacza niemal całkowitą degradację materiału genetycznego, a co dopiero dziesiątki milionów. Do tego dochodzi problem zanieczyszczeń: nawet jeśli znajdziemy fragmenty nici, są one poprzerywane, wymieszane z obcym materiałem i nieprzydatne do rekonstrukcji.

Ale odrzućmy na moment ironię i zastanówmy się poważnie: czy to naprawdę niemożliwe? Nauka zna już przypadki odtwarzania dawnych gatunków. Dyskutuje się o mamutach, których DNA przetrwało w wiecznej zmarzlinie i których genom można porównać ze współczesnym słoniem. W tym przypadku materiał genetyczny jest jeszcze dostępny, a różnica ewolucyjna – stosunkowo niewielka. Mamut to nie dinozaur, lecz pokazuje kierunek: rekonstrukcja wymarłego gatunku może stać się realna.

Co musiałoby się stać, by kiedyś – w odległych stuleciach – myśl o wskrzeszeniu dinozaurów miała podstawy biologiczne? Przede wszystkim potrzebny byłby cud zachowania DNA albo technologia pozwalająca odtworzyć cały genom na podstawie jego szczątkowych fragmentów i pokrewnych organizmów. To wymagałoby nie tyle laboratorium, ile instytutu o możliwościach obecnie niewyobrażalnych. Kolejnym krokiem byłoby znalezienie komórki jajowej, zdolnej przyjąć ten zestaw genów i rozwijać go w kierunku czegoś, co przypominałoby wymarłego gada. A nawet jeśli – co dalej? Stworzenie pojedynczego embrionu nie równa się wskrzeszeniu gatunku. Potrzebne byłoby środowisko, populacja, a także odpowiedź na pytanie: po co?

Bo oto wkraczamy w sferę etyki. Czy człowiek ma prawo „bawić się w Boga” i przywracać stworzenia, które natura – lub kosmos – usunęła z areny życia? Czy tyranozaur w rezerwacie to naukowa ciekawostka, czy raczej eksperyment na miarę nowej katastrofy? Można oczywiście powiedzieć: skoro potrafimy, spróbujmy. Ale może lepiej skierować energię na ochronę tych gatunków, które jeszcze są wśród nas, zamiast majstrować przy tych, które odeszły przed milionami lat.

Dlatego wszystkie medialne sensacje o rychłym „odrodzeniu” dinozaurów warto traktować jak to, czym są: fantazją, odgrzewanym kotletem science fiction, a czasem wręcz zwykłą reklamą. I choć dziś nie mamy żadnych podstaw, by mówić o rzeczywistym powrocie dinozaurów, nie sposób zaprzeczyć: ludzka wyobraźnia kocha takie scenariusze. Być może w tym właśnie tkwi ich siła – w pragnieniu, by uchylić drzwi do świata, który dawno zniknął. Pytanie tylko, czy to pragnienie kiedykolwiek doczeka się materializacji, czy pozostanie na zawsze w domenie mitu i kina.

CZY JA JESZCZE POWRÓCĘ???????